Złego słowa o kanadyjskim Iron Kingdom nie mogę napisać, bowiem przez 15 lat działalności wydali naprawdę świetne płyty z klasycznym heavy metalem. W swojej muzyce wyraźnie nawiązują do brytyjskiej sceny, a przede wszystkim do Iron Maiden. Na 6 czerwca zapowiedziany jest szósty album studyjny tej formacji. Niestety, jak dla mnie „Shadow and Dust” to najsłabsze wydawnictwo w ich dorobku.
Owszem, płyta jest melodyjna, energiczna i utrzymana w klasycznym stylu, jednak niewiele z niej pozostaje w pamięci. Materiał sprawia wrażenie odtwórczego i przewidywalnego. Zespół nadal gra „swoje”, ale jakość wyraźnie spadła. Brakuje wyrazistych hitów, elementu zaskoczenia, a wokal Chris Osterman momentami zaczyna drażnić — zamiast intrygować, bywa po prostu męczący. Duet gitarowy Osterman/Merrick robi, co może, jednak opiera się głównie na prostych, ogranych schematach. Całości brakuje świeżości, pomysłowości i dopracowania. Same utwory nie wyróżniają się niczym szczególnym. Tym razem Iron Kingdom zwyczajnie rozczarowuje.
Przyjrzyjmy się bliżej zawartości albumu „Shadow and Dust”. Na otwarcie dostajemy solidny „Defenders” — utwór poprawny, lecz mało zapadający w pamięć. Dalej zespół konsekwentnie czerpie inspiracje z Iron Maiden. Nieco chaotyczny „Eternal Emperor” stawia na melodyjność, ale nie porywa. Partie wokalne bywają tu problematyczne. „Dreamless Sea”, mimo pewnego urozmaicenia, również sprawia wrażenie kompozycji pozbawionej wyraźnego pomysłu i odstaje od reszty. Skoczny „Deadhouse Gates” ma potencjał na przebój, jednak wokal Chrisa brzmi tu wręcz karykaturalnie i psuje odbiór. Mocniejszy riff pojawia się w „Line of Fire” — to wyraźny ukłon w stronę speed metalu i jeden z jaśniejszych punktów płyty. Szkoda, że cały album nie został utrzymany w takim klimacie. W „Shadow of Time” ponownie słychać wpływy Iron Maiden, lecz utwór nie wyróżnia się niczym szczególnym — to solidny, ale typowy heavy metal. Na plus zasługuje dynamiczny i agresywny „Dark Demands”, gdzie wokal wreszcie brzmi lepiej i bardziej drapieżnie. Na zakończenie otrzymujemy epicki, bardziej nastrojowy „Sacred Fire”, będący udanym hołdem dla Iron Maiden.
Do tej pory Iron Kingdom trzymał wysoki poziom. Tym razem dostajemy wprawdzie heavy metalowy album, ale pozbawiony wyraźnej koncepcji, dopracowania i świeżości. Sprawia wrażenie nagranego na siłę — jakby zespół chciał po prostu wypełnić lukę po czterech latach od poprzedniego wydawnictwa. Szkoda, bo wcześniejsze płyty dostarczały znacznie więcej satysfakcji.
Ocena: 6/10


























